środa, 27 lipca 2016

Wszystkie tajemnice „Egzorcysty” (Kamil Kościelski „Cóż za wspaniały dzień na egzorcyzm… Amerykańskie kino grozy przełomu lat 60. i 70.”)

Piotr Kletowski
("Projektor" - 3/2016)
Choć kino grozy należy do jednych z najpopularniejszych gatunków filmowych, rzadko można przeczytać w Polsce rzetelną pracę filmoznawczą, omawiającą ten fenomen. Dlatego z radością i najwyższą uwagą przeczytałem pracę Kamila Kościelskiego „Cóż za wspaniały dzień na egzorcyzm… Amerykańskie kino grozy przełomu lat 60. i 70.”

Praca ta jest monografią słynnego horroru Williama Friedkina „Egzorcysta” z 1973 r., opartego na bestsellerze Williama Petera Blatte’go – rzeczy o walce dwóch księży katolickich z demonem, który opętał ciało nastoletniej dziewczynki. Ale książka nie traktuje li tylko o samym arcydziele Friedkina, przez niektórych, w tym niżej podpisanego, uważanego za najbardziej przerażający horror wszechczasów. Otóż w pierwszej części rozprawy dostajemy szczegółową analizę: estetyczną, filozoficzną, społeczną (ze szczególnym naciskiem położonym na ten ostatni element) tzw. Nowego Horroru, czyli amerykańskiego kina grozy, które ukształtowało się pod koniec lat 60., jako odpowiedź na kontrkulturowe przesilenie w społeczeństwie amerykańskim doby wojny w Wietnamie. Tematyka ta pojawiała się tu i ówdzie w polskim piśmiennictwie filmoznawczym, dotyczącym horroru (sztandarowe pozycje w tym nurcie to Kołodyńskiego „Seans z wampirem”, Pitrusa „Gore, ciało, seks, psychoanaliza”, Haltofa „Kino lęków”), ale nigdy nie została omówiona w sposób tak kompleksowy, jak w przypadku pracy Kościelskiego.

Analizując konkretne przypadki filmowe: George’a A. Romero („Martin”), Toby’ego Hoopera („Teksańska masakra piłą mechaniczną”), czy Johna Carpentera („Oczy Laury Mars”) autor udowadnia tezę o społecznym wymiarze tego kina, pokazując jak konkretne fobie jednostkowe i zbiorowe, wytworzone w okresie destabilizacji końca lat 60. odbijały się w tworzonych przez filmowców wizjach. Autor może nie odkrywa w tym miejscu Ameryki, odwołując się do skądinąd znanych tez, ale zwraca pozytywną uwagę drobiazgowością materiału informacyjnego, przez jaki, pisząc pracę, musiał się przedrzeć, powodując, że to, co u innych było tylko przypuszczeniem, u autora staje się dowodem. O ile pierwsza część książki jest swego rodzaju „tłem” dla drugiej części, to właśnie rozdziały poświęcone „Egzorcyście”, wystawiają monografii Kościelskiego najwyższe noty. Autor w precyzyjnie zegarmistrzowski sposób rozkłada na czynniki pierwsze dzieło Friedkina, odnajdując w nim punkt dojścia amerykańskiego horroru społecznego przełomu lat 60. I 70., udowadniając, że właśnie „Egzorcysta” jest filmem ukazującym walkę człowieka z „demonami”: alienacją, drapieżnym feminizmem, brakiem autorytetów, kryzysem wiary wobec tzw. „milczenia Boga”.

Autor pokazuje, w jaki sposób mistrzowsko zrealizowana, wielowymiarowa opowieść o opętaniu, jest w swej istocie niezwykle aktualną (wtedy, ale i zawsze) opowieścią o mierzeniu się człowieka z tym, co najbardziej przerażające w jego egzystencji. W bardzo ciekawy sposób Kościelski interpretuje swój film kluczem „racjonalnym” (wskazując na fakt, że może być to film o głębokiej seksualnej psychozie nawiedzającej dojrzewające dziecko), jak i „metafizycznym” (wskazując na najprostszy, jednakowoż otwierający wiele interpretacyjnych „furtek” sposób odczytania filmu – czyli jako na dzieło o demonicznym opętaniu). Przy czym wydaje się, że autor książki (podobnie zresztą jak twórcy filmu) zwraca się bardziej w stronę duchowej interpretacji filmu, w którym kluczową kwestią jest ta opisująca ludzkie życie, jako próbę zmierzenia się ze złem, które chce, „byśmy uwierzyli, że tak naprawdę Bóg nas nie kocha”.

Książka Kościelskiego choć jest rozprawą naukową (jest to bodajże doktorat autora) daleki jest od niezrozumiałego, naukowego bełkotu. Jest pisana ze swadą i bez niepotrzebnego zadęcia. Być może ktoś uczynił by zarzut ze zbytniej drobiazgowości autora (każącej mu opatrywać przypisem prawie każde zdanie). Ale jak to mówią „diabeł tkwi w szczegółach”, więc dla mnie zbytnia drobiazgowość autora podwyższa tylko jakość tej i tak znakomitej publikacji.