środa, 27 lipca 2016

Festiwalowy remanent (PKO OFF KAMERA, Krakowski Festiwal Filmowy 2015)

Piotr Kletowski
("Projektor" - 4/2015)
Ponieważ rozpoczął się sezon wakacyjnych festiwali filmowych, z których zamierzam zdawać relacje szanownym czytelnikom „Projektora”, winieniem słów parę poświęcić trzem, zakończonym festiwalom filmowym, które miałem przyjemność wizytować.
 
Po pierwsze dwa festiwale krakowskie: PKO OFF KAMERA. W tym roku odznaczył się uhonorowaniem kina włoskiego, którego „ucieleśnienie”, w osobie Claudii Cardinale przybyło nawet do grodu nad Wisłą. Jednym z najciekawszych punktów programu OFF-u, związanego właśnie z promocją historii i współczesności kina włoskiego, była prezentacja znakomitego filmu dokumentalnego Waltera Fasano i Luci Guadagnino „Bertolucci o Bertoluccim”. To fascynujące dzieło, złożone tylko i wyłącznie z zarejestrowanych wcześniej wypowiedzi twórcy, ułożone chronologicznie, ukazuje wnikliwy obraz Bertolucciego, jako prawdziwego Autora włoskiego kina, który w swych filmach, wzorem innych reżyserów włoskich lat 60. i 70., na czele z Pier Paolo Pasolinim (z którym współtworzył swój reżyserski debiut, znakomitą „Kostuchę”), rozprawiał się przede wszystkim z „figurą ojca”, która symbolizowała zarówno niedaleką faszystowską przeszłość, jak i współczesność, wciąż zdominowaną przez autorytarny, kapitalistyczny porządek. Jako artysta dał się więc uwieść marksistowskiej dialektyce, połączonej do tego z psychoanalizą i kontrkulturową retoryką. Owocem owego „zaczadzenia” był choćby najwybitniejszy, a jednocześnie najbardziej chybiony z filmów włoskiego mistrza „Wiek XX”, opowieść o konflikcie komunistów z faszystami w łonie społeczeństwa Italii. Film, który miał „rzucić ogień rewolucji do Ameryki” (jak wiadomo nic nie wyszło z ambitnych planów Bertolucciego, bo ten nie chciał się zgodzić na skróty, a w USA nikt nie wysiedział pięciu godzin w kinie na filmie o walce klas, nawet jeśli zrobiony był on z prawdziwą maestrią). Co jednak najważniejsze, owo „zaczadzenie” nie przeszkodziło twórcy „Konformisty”, w realizowaniu wciąż fascynujących dzieł filmowych, które jeśli nawet nie działają na płaszczyźnie ideologicznego dyskursu, to uderzają pięknem malarskich obrazów, subtelnością montażowych styków, wirtuozerią prowadzenia aktorów, starannie dobraną muzyką – słowem zapierającym dech w piersiach opanowaniem filmowego warsztatu, kreującego na kinowym ekranie prawdziwe dzieła filmowej sztuki. Ważne, żeby widz się nie nudził w kinie. Najgorsza w kinie jest obojętność widza – mówi w pewnym momencie Bertolucci, czyniąc z estetyki podstawowy i być może najważniejszy walor swego dzieła. Jakby wsłuchany w wielkich mistrzów kultury włoskiej: malarzy, kompozytorów, pisarzy, w języku których nie ma rozróżnienia na „dobre” i na „złe”, jedynie na to, co „piękne” i to co „brzydkie”.

Drugim, krakowskim festiwalem, ale już o długiej i zasłużonej tradycji, jest Krakowski Festiwal Filmowy skupiający się przede wszystkim na prezentacji tego, co najlepsze w światowym i polskim dokumencie filmowym. Jak co roku obejrzeliśmy wiele znakomitych produkcji, z których moim zdaniem trzy filmy: dwa nagrodzone „Casa Blanca” Aleksandry Maciuszek, krótkometrażowy (8 minut!) „Hotel 22” Elizabeth Lo oraz nie nagrodzony, choć arcydzielny „Erbarme Dich – historie pasyjne” Ramona Gielinga zapiszą się złotymi zgłoskami w historii KFF. Pierwszy z filmów to poruszająca opowieść o relacjach chorego na zespół Downa młodego mężczyzny i jego matki. Kobieta, która całe życie zajmowała się swym synem teraz – dotknięta chorobą i starością – musi polegać na trosce swego potomka. Ten musi nauczyć się wreszcie samodzielności i odpowiedzialności, w przeciwnym razie grozi mu rozdzielanie z matką. Co ważne i zaskakujące jednocześnie, bohaterowie filmu mieszkają na Kubie, zwykle kojarzonej z karaibskimi atrakcjami turystycznymi, albo też z wiecznie trwającym reżimem braci Castro. Ale, paradoksalnie, te skojarzenia nie są wcale takie nieistotne. Na pierwszym planie mamy tu rzecz jasna przeszywającą, ale – co ważne – wolną od niepotrzebnej ckliwości, opowieść o miłości matki i syna i o trudnej drodze do dojrzałości człowieka zdanego na łaskę swej rodzicielki, z drugiej jednak cały film można odebrać jako subtelną metaforą całego społeczeństwa kubańskiego, które – podobnie jak opóźniony w rozwoju Vladimir, dotychczas skazany na łaskę i niełaskę matki – musi krok po kroku nauczyć się samodzielności, w obliczu nadciągających zmian społeczno-politycznych. „Hotel 22” to znów – jak w przypadku najlepszych dokumentów – z jednej strony błyskotliwy portret ludzi przemieszczających się nocną linią autobusową, krążącą po ulicach kalifornijskiej Doliny Krzemowej (a to przede wszystkim bezdomni, którzy po prostu nocują w autobusie), z drugiej metaforyczny obraz Ameryki, „Raju na ziemi”, w którego sercu ludzie, którzy mają wszystko żyją obok tych, którzy nie mają nic. „Hotel 22” ma jeszcze dodatkowy walor poetyckiego opisu – ten mknący nocnymi ulicami „przegubowiec”, w swych „trzewiach” trzymający śpiących ludzi, jest jak biblijny Lewiatan trzymający w swym wnętrzu proroka Jonasza i przemierzający morskie przestrzenie. Czy któryś z pasażerów Hotelu 22”, jak biblijny Jonatan, dostąpi przemiany po całonocnej podróży opustoszałymi ulicami Doliny Krzemowej? Tego możemy się jedynie domyślić. Z pewnością podróż ta zmienia nas – widzów. I wreszcie trzeci dokument „Erbarme Dich – historie pasyjne” – niezwykły zapis tego, co czyni z ludźmi muzyka Jana Sebastiana Bacha, a ściślej rzecz ujmując, jego „Pasja Mateuszowa” (z fragmentu, której zaczerpnięto tytuł filmu). Wypowiadają się artyści, muzycy, profesjonalni melomani i niedzieli słuchacze, którzy JSB słuchają „od wielkich dzwonów”. Padają różne opinie, wypowiedzi. Od banalnych zachwytów, do głębokich, egzystencjalnych wynurzeń, które niekoniecznie udowadniają, że muzyka Bacha napawa optymizmem, światłem, nadzieją. Często przypomina o tym, co w życiu człowieka tragiczne, bolące, naznaczone śmiercią. Ale we wszystkich wypowiedziach ludzi wyznających swą „wiarę”, w „Piątego Ewangelistę” – kompozytora „Pasji Mateuszowej” – uwidacznia się jeden motyw: „przemiana”, uczucie, którego doświadczyć można obcując jedynie z największą, najbardziej przejmującą sztuką. 

Ostatnim festiwalem, o którym chciałbym wspomnieć jest niezwykle bliski memu sercu Festiwal CROPP KULTOWE, organizowany w maju, w Katowicach przez Patryka Tomiczka. Siłą tej imprezy nie jest prezentowanie filmowych „świeżynek”, ale przede wszystkim filmów, które powszechnie (albo i nie) uznawane są za kultowe. Są to nie tylko wczesne filmy Almodovara czy Eda Wooda, ale również wielkie hollywoodzkie produkcje jak „Przeminęło z wiatrem” Fleminga czy „Gorączka” Michaela Manna – dla wielu (zwłaszcza młodych kinomanów), już kultowa klasyka. Dlatego z wielką przyjemnością, wprost na kolanach, obejrzałem na tegorocznej edycji gangsterskie arcydzieło „Dawno temu w Ameryce” Sergio Leone. Bynajmniej nie z odrestaurowanej, zapisanej w formacie cyfrowym kopii prezentowanej w Cannes, ale z porysowanej kopii 35 milimetrowej, wypożyczonej z Filmoteki Narodowej. Oglądałem dzieło Leone dziesięć albo i więcej razy (nie licząc seansów wybranych scen i sekwencji), ale dopiero siedząc w kinie „Kosmos” na kinowym seansie ekranowych losów „Noodlesa” („Frajera” – De Niro), dzieło Leone przemówiło do mnie w pełni swym okrucieństwem, brutalnością, ale i wprost niewymownym, filmowym, poetyckim pięknem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz