Piotr Kletowski
("Projektor" - 4/2015)
Ponieważ
rozpoczął się sezon wakacyjnych festiwali filmowych, z których zamierzam zdawać
relacje szanownym czytelnikom „Projektora”, winieniem słów parę poświęcić
trzem, zakończonym festiwalom filmowym, które miałem przyjemność wizytować.
Po
pierwsze dwa festiwale krakowskie: PKO OFF KAMERA. W tym roku odznaczył się
uhonorowaniem kina włoskiego, którego „ucieleśnienie”, w osobie Claudii
Cardinale przybyło nawet do grodu nad Wisłą. Jednym z najciekawszych punktów
programu OFF-u, związanego właśnie z promocją historii i współczesności kina
włoskiego, była prezentacja znakomitego filmu dokumentalnego Waltera Fasano i
Luci Guadagnino „Bertolucci o Bertoluccim”. To fascynujące dzieło, złożone
tylko i wyłącznie z zarejestrowanych wcześniej wypowiedzi twórcy, ułożone
chronologicznie, ukazuje wnikliwy obraz Bertolucciego, jako prawdziwego Autora
włoskiego kina, który w swych filmach, wzorem innych reżyserów włoskich lat 60.
i 70., na czele z Pier Paolo Pasolinim (z którym współtworzył swój reżyserski
debiut, znakomitą „Kostuchę”), rozprawiał się przede wszystkim z „figurą ojca”,
która symbolizowała zarówno niedaleką faszystowską przeszłość, jak i
współczesność, wciąż zdominowaną przez autorytarny, kapitalistyczny porządek.
Jako artysta dał się więc uwieść marksistowskiej dialektyce, połączonej do tego
z psychoanalizą i kontrkulturową retoryką. Owocem owego „zaczadzenia” był
choćby najwybitniejszy, a jednocześnie najbardziej chybiony z filmów włoskiego
mistrza „Wiek XX”, opowieść o konflikcie komunistów z faszystami w łonie
społeczeństwa Italii. Film, który miał „rzucić ogień rewolucji do Ameryki” (jak
wiadomo nic nie wyszło z ambitnych planów Bertolucciego, bo ten nie chciał się
zgodzić na skróty, a w USA nikt nie wysiedział pięciu godzin w kinie na filmie
o walce klas, nawet jeśli zrobiony był on z prawdziwą maestrią). Co jednak
najważniejsze, owo „zaczadzenie” nie przeszkodziło twórcy „Konformisty”, w
realizowaniu wciąż fascynujących dzieł filmowych, które jeśli nawet nie
działają na płaszczyźnie ideologicznego dyskursu, to uderzają pięknem
malarskich obrazów, subtelnością montażowych styków, wirtuozerią prowadzenia
aktorów, starannie dobraną muzyką – słowem zapierającym dech w piersiach
opanowaniem filmowego warsztatu, kreującego na kinowym ekranie prawdziwe dzieła
filmowej sztuki. Ważne, żeby widz się nie nudził w kinie. Najgorsza w kinie
jest obojętność widza – mówi w pewnym momencie Bertolucci, czyniąc z
estetyki podstawowy i być może najważniejszy walor swego dzieła. Jakby
wsłuchany w wielkich mistrzów kultury włoskiej: malarzy, kompozytorów, pisarzy,
w języku których nie ma rozróżnienia na „dobre” i na „złe”, jedynie na to, co
„piękne” i to co „brzydkie”.
Drugim,
krakowskim festiwalem, ale już o długiej i zasłużonej tradycji, jest Krakowski
Festiwal Filmowy skupiający się przede wszystkim na prezentacji tego, co
najlepsze w światowym i polskim dokumencie filmowym. Jak co roku obejrzeliśmy
wiele znakomitych produkcji, z których moim zdaniem trzy filmy: dwa nagrodzone
„Casa Blanca” Aleksandry Maciuszek, krótkometrażowy (8 minut!) „Hotel 22”
Elizabeth Lo oraz nie nagrodzony, choć arcydzielny „Erbarme Dich – historie
pasyjne” Ramona Gielinga zapiszą się złotymi zgłoskami w historii KFF. Pierwszy
z filmów to poruszająca opowieść o relacjach chorego na zespół Downa młodego
mężczyzny i jego matki. Kobieta, która całe życie zajmowała się swym synem
teraz – dotknięta chorobą i starością – musi polegać na trosce swego potomka.
Ten musi nauczyć się wreszcie samodzielności i odpowiedzialności, w przeciwnym
razie grozi mu rozdzielanie z matką. Co ważne i zaskakujące jednocześnie,
bohaterowie filmu mieszkają na Kubie, zwykle kojarzonej z karaibskimi
atrakcjami turystycznymi, albo też z wiecznie trwającym reżimem braci Castro.
Ale, paradoksalnie, te skojarzenia nie są wcale takie nieistotne. Na pierwszym
planie mamy tu rzecz jasna przeszywającą, ale – co ważne – wolną od
niepotrzebnej ckliwości, opowieść o miłości matki i syna i o trudnej drodze do
dojrzałości człowieka zdanego na łaskę swej rodzicielki, z drugiej jednak cały
film można odebrać jako subtelną metaforą całego społeczeństwa kubańskiego,
które – podobnie jak opóźniony w rozwoju Vladimir, dotychczas skazany na łaskę
i niełaskę matki – musi krok po kroku nauczyć się samodzielności, w obliczu
nadciągających zmian społeczno-politycznych. „Hotel 22” to znów – jak w
przypadku najlepszych dokumentów – z jednej strony błyskotliwy portret ludzi
przemieszczających się nocną linią autobusową, krążącą po ulicach
kalifornijskiej Doliny Krzemowej (a to przede wszystkim bezdomni, którzy po
prostu nocują w autobusie), z drugiej metaforyczny obraz Ameryki, „Raju na
ziemi”, w którego sercu ludzie, którzy mają wszystko żyją obok tych, którzy nie
mają nic. „Hotel 22” ma jeszcze dodatkowy walor poetyckiego opisu – ten mknący
nocnymi ulicami „przegubowiec”, w swych „trzewiach” trzymający śpiących ludzi,
jest jak biblijny Lewiatan trzymający w swym wnętrzu proroka Jonasza i
przemierzający morskie przestrzenie. Czy któryś z pasażerów „Hotelu 22”,
jak biblijny Jonatan, dostąpi przemiany po całonocnej podróży opustoszałymi
ulicami Doliny Krzemowej? Tego możemy się jedynie domyślić. Z pewnością podróż
ta zmienia nas – widzów. I wreszcie trzeci dokument „Erbarme Dich – historie
pasyjne” – niezwykły zapis tego, co czyni z ludźmi muzyka Jana Sebastiana
Bacha, a ściślej rzecz ujmując, jego „Pasja Mateuszowa” (z fragmentu, której
zaczerpnięto tytuł filmu). Wypowiadają się artyści, muzycy, profesjonalni
melomani i niedzieli słuchacze, którzy JSB słuchają „od wielkich dzwonów”.
Padają różne opinie, wypowiedzi. Od banalnych zachwytów, do głębokich,
egzystencjalnych wynurzeń, które niekoniecznie udowadniają, że muzyka Bacha
napawa optymizmem, światłem, nadzieją. Często przypomina o tym, co w życiu
człowieka tragiczne, bolące, naznaczone śmiercią. Ale we wszystkich
wypowiedziach ludzi wyznających swą „wiarę”, w „Piątego Ewangelistę” –
kompozytora „Pasji Mateuszowej” – uwidacznia się jeden motyw: „przemiana”,
uczucie, którego doświadczyć można obcując jedynie z największą, najbardziej
przejmującą sztuką.
Ostatnim festiwalem, o którym chciałbym wspomnieć jest
niezwykle bliski memu sercu Festiwal CROPP KULTOWE, organizowany w maju, w
Katowicach przez Patryka Tomiczka. Siłą tej imprezy nie jest prezentowanie
filmowych „świeżynek”, ale przede wszystkim filmów, które powszechnie (albo i
nie) uznawane są za kultowe. Są to nie tylko wczesne filmy Almodovara czy Eda
Wooda, ale również wielkie hollywoodzkie produkcje jak „Przeminęło z wiatrem”
Fleminga czy „Gorączka” Michaela Manna – dla wielu (zwłaszcza młodych
kinomanów), już kultowa klasyka. Dlatego z wielką przyjemnością, wprost na
kolanach, obejrzałem na tegorocznej edycji gangsterskie arcydzieło „Dawno temu
w Ameryce” Sergio Leone. Bynajmniej nie z odrestaurowanej, zapisanej w formacie
cyfrowym kopii prezentowanej w Cannes, ale z porysowanej kopii 35 milimetrowej,
wypożyczonej z Filmoteki Narodowej. Oglądałem dzieło Leone dziesięć albo i
więcej razy (nie licząc seansów wybranych scen i sekwencji), ale dopiero
siedząc w kinie „Kosmos” na kinowym seansie ekranowych losów „Noodlesa”
(„Frajera” – De Niro), dzieło Leone przemówiło do mnie w pełni swym
okrucieństwem, brutalnością, ale i wprost niewymownym, filmowym, poetyckim
pięknem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz