środa, 27 lipca 2016

Potęga mitu (antropologia audiowizualna)

Piotr Kletowski 

("Projektor" - 4/2016)

Dziś chciałbym „pojechać” nieco naukowo, ale bynajmniej nie tylko „naukowo”, lecz także „naukowo-filmowo”. Miałem niedawno przyjemność głosić wykład na forum Polskiej Akademii Umiejętności w Krakowie, gdzie zaproszono mnie – jako filmoznawcę – do podzielenia się refleksami na temat „antropologii audiowizualnej”.

„Antropologia audiowizualna” to jeszcze nieokrzepnięta dziedzina nauki, która za punkt wyjścia, do badania człowieka i tworzonej przez niego kultury, wybiera obraz i dźwięk, albo – jak ma to miejsce w przypadku filmu – obraz i dźwięk razem. Wcześniej antropologia kulturowa (bo jest jeszcze antropologia fizyczna, badająca biologiczne uwarunkowania człowieka i społeczeństwa – i z nią związane przemiany cywilizacyjne), zajmowała się tradycyjnymi artefaktami kulturowymi, jednak traktując obraz (przede wszystkim malarski, później fotograficzny) jako jeden z wielu elementów tworzonej przez człowieka kulturowej układanki (preferując nawet słowo mówione, czy pisane, nad obraz). Jednak w XX wieku, wieku kina, telewizji, Internetu (w ubiegłym stuleciu jeszcze raczkującego, dziś będącego najpotężniejszym medium kulturowym) audiowizualny obraz stał się medium uprzywilejowanym. Najważniejszym chciałoby się powiedzieć, poprzez które współczesny homo sapiens komunikuje się z innymi, funkcjonuje w rzeczywistości (która nawiasem mówiąc jest również w dużym stopniu zmassmedializowana), wreszcie tworzy rzeczywistość (będącą często audiowizualną wersją rzeczywistości realnej).

Dlatego też antropologia zajmująca się obrazem audiowizualnym, ale i filmoznawstwo inspirujące się właśnie antropologią, staje się dziś również podstawowym medium poznawczym rozczytującym kulturową kondycję współczesnego człowieka. Warto wiedzieć, że kiedy na świecie i w Polsce, w latach 50 i 60. rodziło się filmoznawstwo (a więc refleksja nad filmem rzucona na niwę akademickich rozważań), nazywane niegdyś filmologią – inspirowało się właśnie myślą antropologiczną. Profesor Aleksander Jackiewicz – nestor polskiego filmoznawstwa – czerpiąc z myśli francuskich antropologów – strukturalistów (na czele z wielkim Claudem Levi-Straussem), nawiązując dialog ze swym francuskim kolegą-filmologiem Edgarem Morinem – rozpatrywał właśnie kino (a później i telewizję) jako współczesną „sztukę plemienną”: medium, poprzez które najpełniej człowiek wypowiada swoje aspiracje, troski, bolączki i radości – słowem swą egzystencjalną aktywność. A dzięki artystycznemu przetworzeniu owa „egzystencja” stawała się z czasem pełnoprawnym tekstem kultury.

Słowem-kluczem dla zrozumienia tej nowej-starej sztuki, stało się dla filmoznawców inspirujących się antropologią, ale i dla antropologów inspirujących się kinem, termin „mit”. Za Levi-Straussem, który odkrył, że u zarania każdej kultury są archetypiczne opowieści, które opisując jakieś przełomowe dla danej społeczności momenty, stały się tzw. „mitami założycielskimi”, Morin, a za nim Jackiewicz rozpoznali te narracje w kinie. Według badaczy, owe „mity założycielskie” występują (albo powinny występować) – w mniejszym lub większym natężeniu – w każdej kulturowej narracji tworzonej, tak wczoraj, jak i dziś, w obrębie wspólnoty. Bo to właśnie świadczy o jej tożsamości, tradycji i kulturowej mocy. Dla kultury zachodniego kręgu takimi „mitami założycielskimi” są mit Edypa (jako najważniejsza narracja świata przedhistorycznego) i historia Chrystusa (jako „mit założycielski” świata nowożytnego). Levi-Strauss połączył nawet oba mity, uważając, że zarówno mit Edypa jak i mit Chrystusa mówią właściwie o tym samym – o poświęceniu jednostki dla społeczności. Zaś mit Chrystusa dodał do mitu Edypa wymiar transcendentny, boski.

Emanacją „mitów założycielskich” są najważniejsze narracje w kulturze zachodniej, także te filmowe, audiowizualne. Właściwie można opisać 46 najważniejszych historii – toposów, które są przetworzeniem „mitów założycielskich” (i zrobił to amerykański antropolog profesor Joseph Campbell – guru George’a Lucasa, inspirującego się pracami autora „Potęgi mitu”, przy tworzeniu „Gwiezdnych wojen”), a które właściwie wyczerpują rezerwuar podstawowych narracji w kulturze światowej (a zwłaszcza zachodniej). Dopóki „mity założycielskie” będą obecne (w mniej, czy bardziej przetworzony sposób), kultura oparta na nich będzie wartościowa, spajająca wspólnotę, nadająca sens działaniom tak jednostki, jak i całego społeczeństwa.

Paradoksem współczesności (co odkrywa filmoznawstwo inspirujące się antropologią i vice-versa) jest to, że współcześnie jedynie w kinie anglosaskiego kręgu kulturowego (a zwłaszcza, o ironio!) w kinie hollywoodzkim, gatunkowym, opartym często na powtarzalności i przewidywalności (i to często tym realizowanym w celach przede wszystkim komercyjnych) dostrzec można produkcje stanowiące emanacje „mitów założycielskich”: w filmowych adaptacjach superbohaterskich komiksów, filmach w stylu "Matrixa", a nawet w kinie akcji opowiadających o współczesnych bohaterach zmagających się z przeważającymi siłami wroga. W przeciwieństwie do kina europejskiego. Kina o walorach artystycznych, które – mimo, a może przede wszystkim z racji swego zakorzenienia w tradycji sztuki, w imię wolności ludzkiej ekspresji, kwestionującej imponderabilia – wyrugowało elementy mitów założycielskich, często zastępując je elementami zaprzeczającymi im, a nawet otwarcie je podważając (w duchu kontrkultury lat 60. i 70.). Od, swoją drogą wspaniałych – ale przecież chwalących „piękno rozkładu” – filmów Luchino Viscontiego, przez wymazujące podmiot z rzeczywistości obrazy Antonioniego, przez filmowe larum nad zachodnią cywilizacją wyśpiewywane przez Pasoliniego, i pochwałę sztuki opartej na człowieku zastępującej wiarę w Boga u Bergmana, aż po współczesne hedoniki Almodovara – główny nurt kina zachodniego konsekwentnie i uporczywie odwracał się od swych duchowych korzeni. A „kino transcendentne” Bressona, Tarkowskiego, czy Olmiego, było kinem uznawanym, lecz marginalizowanym, w duchu racjonalizacji, reifikacji, materializacji rzeczywistości.

Takie „rozbicie” cechujące kino (i kulturę) zachodnią, ma swoje przełożenie na sytuację współczesnego zachodniego społeczeństwa i rzutuje na tak (wydawałoby się) odległe od kultury, a kina w szczególności, zjawiska jak… Brexit. W czasie burzliwej i niezwykle inspirującej dyskusji, która nastąpiła po moim wystąpieniu, okazało się, że to nie tylko kwestie finansowe, ale właśnie zupełny brak niewypracowania wspólnej narracji kulturowej, bądź inaczej – porzucenia – przez nakierowaną na konsumpcyjne, hedonistyczne, (pozornie) humanistyczne wartości (pozornie, bo nie osadzone w wartościach, których nośnikami są „założycielskie mity”) – „kulturę” zjednoczonej UE, spowodowało, że Wielka Brytania, wciąż (wbrew pozorom) hołdująca „starym wzorcom” odpłynęła od kontynentalnej Europy, zbliżając się jeszcze bardziej do, zaskakująco bliskiej „starym mitom” (nawet jeśli reprodukowanych w imię Świętego Dolara) Ameryki.

Okazuje się więc, że „antropologia audiowizualna” – odpowiednio wykorzystana – może więc pomóc nie tylko w zrozumieniu współczesnej przestrzeni obrazu i dźwięku – ale także, właśnie poprzez analizę owej przestrzeni – dociec do (często gorzkiej, ale zawsze przynoszącej ulgę) prawdy o współczesnym świecie, w którym żyjemy.